Wojna na Ukrainie trwa już ponad cztery lata. Codziennie kraj jest atakowany setkami, jeśli nie tysiącami dronów i pocisków rakietowych, broniąc się własnymi systemami antydronowymi i kontratakując także z użyciem dronów. Pod koniec lutego USA i Izrael zaatakowały Iran, na co ten kraj odpowiedział własnym kontratakiem dronowym i rakietowym. Na tyle skutecznym, że USA zmuszone były poprosić Ukrainę o pomoc w zwalczaniu używanych przez Iran dronów opartych na rosyjskich modyfikacjach serii Shahed. Tymczasem nasz kraj w ramach programu SAFE planuje zakupić od Ukrainy technologię antydronową, a nasze wojsko nawiązuje współpracę z wojskiem ukraińskim, by lepiej zrozumieć walkę na drony. Wszystko to wskazuje na duży potencjał rynku bojowych bezzałogowców, szczególnie jeśli te rozwiązania będą znacząco tańsze od broni konwencjonalnej, jak rakiety Patriot czy tradycyjne myśliwce i bombowce.
W Polsce już działa szereg firm produkujących drony i systemy antydronowe, ale według różnych źródeł do niedawna łatwiej im było sprzedawać swoje produkty w innych krajach, niż polskiemu wojsku czy innym służbom. W obecnej sytuacji geopolitycznej, gdy USA jest nieobliczalnym sojusznikiem, a Rosja od lat dąży do konfliktu z krajami NATO, Polska musi się sama szykować do obrony nie tylko swoich granic, ale też do obrony (wraz z innymi krajami) granic UE. Zagrożenie ze strony Rosji jest realne, eksperci wskazują na rosnącą liczbę cyberataków, próby ingerencji w wyniki wyborów w różnych krajach, a także niedawne incydenty z dronami nad europejskimi lotniskami. W związku z tym zagrożeniem UE w trakcie polskiej prezydencji zaczęła przygotowywać program SAFE, zapewniający krajom unijnym korzystne, długoterminowe pożyczki na zbrojenia. Polska w ramach tego programu miała otrzymać 186 miliardów złotych, do wykorzystania już od kwietnia br. Jednym z planowanych wydatków był zakup technologii obrony antydronowej od Ukrainy.
Ze względu na to, jak bardzo zmieniło się pole bitwy w ostatnich latach i jak dużą rolę obecnie odgrywają drony, warto przyjrzeć się bliżej stosowanym rozwiązaniom. Czytelnika zaskoczyć może, jak wiele elementów tych systemów to części prosto ze zwykłego sklepu dla elektroników-hobbystów. Systemy sterowania lotem bywają oparte o 32-bitowe mikrokontrolery ARM oraz żyrokompasy i akcelerometry MEMS, a zarówno operator, jak i wbudowany system AI używają do obserwacji terenu komercyjnych modułów kamer, które produkowane są do systemów monitoringu (mają one bowiem większe sensory niż w kamerach do smartfonów i są mniej wymagające od sensorów stosowanych w aparatach cyfrowych). Same drony i płatowce wykonywane są technikami spotykanymi zarówno w modelarstwie RC, jak i w produkcji maszyn wyczynowych. Branża zbrojeniowa może zatem zaoferować w przyszłości posady nie tylko dla inżynierów lotnictwa, ale też programistów systemów embedded, specjalistów od AI i widzenia maszynowego, projektantów systemów FPV i komunikacyjnych. Przyjrzyjmy się zatem dronom, które toczą wojnę za naszą wschodnią granicą.
Rosyjskie drony i roboty na polu walki
Rosyjska filozofia uzbrojenia jest dość tradycyjna – wszystkie drony produkowane są według konkretnych specyfikacji i do realizacji konkretnych zadań. Pozwala to na łatwe skalowanie produkcji. Na początku wojny trzon uzbrojenia dronowego stanowiły konstrukcje irańskie serii Shahed, ale w ostatnich latach Rosja przerzuciła się na własne modyfikacje tych dronów, czasami na tyle zaawansowane, że dostają własne oznaczenia. Produkcja znajduje się daleko poza linią frontu, w kilku dużych ośrodkach. W ten sposób Rosja redukuje ryzyko ataku na fabryki, ale z drugiej strony transport i logistyka są dużo kosztowniejsze. Przyjrzyjmy się zatem na początek dronom latającym.
Geran-5 (fotografia 1) to dron-pocisk przeznaczony do ataków kamikaze, a wykonany został z włókna węglowego na stalowym szkielecie. Napęd stanowi chiński silnik turboodrzutowy Telefly TJ200 zapewniający prędkość do 600 km/h i zasięg 950 km. Również chiński jest moduł łączności (Xingkai Tech XK-F358), który pozwala na przesyłanie obrazu, dźwięku i innych danych w obie strony, tworząc z innymi modułami samoorganizującą się sieć mesh. Co ciekawe, takie moduły można kupić na AliExpress za około 9 tysięcy złotych. System nawigacji jest za to produkcji rosyjskiej i rzekomo wykazuje odporność na zagłuszanie. Używa bowiem zestawu 6...12 anten połączonych w jeden system pozwalający odróżnić bliskie sygnały zakłócające od odległych sygnałów satelitów. Za to zupełnie nierosyjskie okazały się takie komponenty, jak mikrokontroler DSP TMS320C6748 od firmy Texas Instruments, z której fabryk pochodzi też kilka innych komponentów. Infineon Technologies i CTS Corporation również produkują części stosowane w Geranie-5. W innych dronach (głównie w systemach sterowania) można znaleźć mikrokontrolery z serii STM32F4, ale te powoli są zastępowane rosyjskimi układami ARM 1986VE1AT produkowanymi przez Milandr. No, ale czy Czytelnik spodziewałby się obecności modułów Nvidia Jetson Orin Nano i TX2 w dronach Geran-2Y i Geran-5? Moduły te Rosja zakupuje w innych krajach za pomocą różnych pośredników, omijając w ten sposób sankcje nałożone przez kraje UE i USA. Teoretycznie przynajmniej moduły od firmy Nvidia mają numery seryjne i prawdopodobnie dałoby się zidentyfikować ścieżki przemytu oraz pośredników, śledząc po numerach drogę modułów od fabryki do szczątków drona. Nic nie wskazuje jednak na to, by były prowadzone poważne działania w celu ukrócenia tego procederu przemytu.
W rosyjskich dronach znaleziono też układy od Analog Devices, Infineon, czy moduły łączności satelitarnej Iridium 9603N. Te ostatnie pozwalają na przesyłanie krótkich komunikatów przez sieć satelitarną Iridium, a w dronach są używane do śledzenia położenia tychże oraz przesyłania informacji o zmianie celu. Serwomechanizmy z kolei wzięte zostały z rynku modelarskiego – są to produkty firm Hitec i Savöx. Telefly, jak wspomniano, produkuje silniki odrzutowe dla rosyjskich dronów, ale część bezzałogowców używa silników klasycznych, a dokładniej czterocylindrowego, dwusuwowego modelu Limbach L550E. Silnik ten to chłodzony powietrzem boxer o mocy 50 KM, produkowany głównie przez chińską filię niemieckiego Limbacha. Ta sama firma produkuje też tańsze klony wspomnianego silnika o niższej trwałości. Warto dodać jeszcze występowanie komputerów jednopłytkowych Raspberry Pi 4 i 5 w połączeniu z modemami LTE – pozwalają one na budowę dodatkowego kanału śledzenia położenia dronów i na przekazywanie telemetrii. Karty SIM, najczęściej ukraińskich sieci, Rosja pozyskuje nielegalnie.
Najpopularniejszą serią rosyjskich dronów kamikaze jest Geran-2 (fotografia 2). Maszyny te przypominają formą klasyczne samoloty z układem skrzydeł typu delta, mają masę startową około 200...240 kg i zasięg 1000...2500 km. Kadłub wykonano z kompozytu włókna szklanego i węglowego z wypełnieniem poliuretanowym, a najnowsze modele dodatkowo są malowane farbą absorbującą sygnały radarowe. Te bezzałogowce mają długość ok. 3,5 m i rozpiętość skrzydeł 2,5 m. Silniki MD550 to wspomniane wyżej kopie L550E. Prędkość przelotowa dochodzi do 150...185 km/h. Mimo że system nawigacji Kometa-M jest rzekomo odporny na zagłuszanie, drony są wyposażane w układy nawigacji inercyjnej oparte na układach firm Murata i Analog Devices. Najnowsze modele korzystają z modułów Nvidia Jetson Orin Nano w połączeniu z kamerą w nosie statku, przeznaczoną do wykrywania i klasyfikowania potencjalnych celów – Geran-2 może dokonać wyboru przy braku łączności z operatorem, po czym samodzielnie w ten cel trafić. Spotykane są trzy rodzaje głowic: standardowe o masie 50 kg, wzmocnione o masie 90 kg (z mniejszym zbiornikiem paliwa, co obniża też zasięg) oraz głowice termobaryczne. Te ostatnie działają przez wytworzenie chmury wybuchowego aerozolu, który jest niemal natychmiastowo detonowany. Siła takiego wybuchu jest znacznie większa, ale rozproszona na większej przestrzeni. Wariant E ma pocisk rakietowy powietrze-powietrze, rosyjski operator może go odpalić, gdy zobaczy na obrazie z kamery ukraiński śmigłowiec lub myśliwiec przechwytujący.
Rosja używa szeregu latających dronów zwiadowczych. Dron Orłan-10 to podstawowy model obserwacyjny o zasięgu do 120 km i czasie lotu nawet 16 godzin. Ma on system nawigacji Kometa M, a jego głównym zadaniem jest naprowadzanie ognia artylerii. Bliźniaczy model Orłan-30 ma na pokładzie oświetlacz laserowy pozwalający zaznaczyć cele dla pocisków precyzyjnych 2K25 Krasnopol. Pociski te wystrzeliwane są z dział kalibru 152 mm lub 155 mm i potrafią korygować lot by trafić tam, gdzie wskazuje plamka oświetlacza. Rosja używa ich do ataków na przemieszczające się pojazdy. Oba modele Orłana są relatywnie prostymi płatowcami, co pozwala na tanią, masową produkcję (250...350 sztuk miesięcznie według obecnych szacunków). Wadą konstrukcji jest głośny silnik spalinowy pozwalający na łatwe namierzenie i zestrzelenie tych dronów.
Inną konstrukcją, znacznie nowocześniejszą, jest model Zala 421-16E produkowany przez koncern Kałasznikow. Dron ten posiada napęd elektryczny, co ogranicza jego zasięg do 70 km, a profil „latającego skrzydła” dodatkowo utrudnia wykrycie i klasyfikację przez systemy radarowe. Dron w najnowszej wersji ma zaawansowany układ optyczny ze stabilizacją obrazu, pozwalający na rozpoznawanie twarzy z wysokości 1,5 km. Zała współpracuje z rosyjskimi pociskami z serii Lancet. SA to pociski naprowadzane nurkujące, które potrafią krążyć nad polem walki przez długi czas, zanim uderzą w wybrany cel. Najnowsza rodzina Lancetów posiada własne systemy wizualnej identyfikacji celu za pomocą AI. Lancet ma układ skrzydeł typu X, co znacznie zwiększa jego manewrowość i stabilność w locie nurkowym do celu, a sam pocisk rozwija prędkość nurkowania do 300 km/h. Kadłub tego pocisku wykonany jest z kompozytu węglowego i tworzyw sztucznych, co dodatkowo utrudnia jego wykrywanie. W połączeniu z kamerą termowizyjną drona Zała pociski Lancet potrafią być doprawdy groźne, zwłaszcza w atakach nocnych. Według danych wywiadowczych Rosja produkuje 80...120 sztuk dronów Zała miesięcznie.
Trzecim dronem zwiadowczym stosowanym przez Rosję jest Supercam S350. Płatowiec ten jest wyjątkowo groźny ze względu na doskonałą optykę, pułap do 5 km oraz napęd elektryczny z baterią pozwalającą na lot przez 4...5 godzin. Dron o rozpiętości skrzydeł 3,5 m startuje z katapulty pneumatycznej (podobnie jak Orłany), a do lądowania używa spadochronu. Prędkość przelotowa 65...120 km/h oraz zasięg do 100 km, w połączeniu z zaawansowanym systemem łączności odpornym na zagłuszanie, czynią tę maszynę szczególnie problematycznym celem dla Ukrainy. Bezzałogowiec ten współpracuje z Lancetami i Krasnopolami i może działać autonomicznie za sprawą automatycznego rozpoznawania celów. Supercam S350 potrafi też tworzyć sieć Mesh celem zwiększenia zasięgu łączności i jej odporności na zagłuszanie. Wewnątrz znaleźć można chińskie silniki elektryczne Tiger Motors, sensory optyczne z Korei Południowej i mikrokontrolery z USA czy Europy. Wobec tej maszyny Ukraina stosuje dwa rodzaje ataków: drony przechwytujące oraz ataki na miejsca, z których drony startują.
Rosja ma też pojazdy naziemne. Są to różnej wielkości platformy bojowe o rozmaitych funkcjach. NRTK Kuryer to uzbrojony dron bojowy przeznaczony do atakowania pozycji ukraińskich i do osłony w razie odwrotu. Posiada napęd elektryczny, dzięki czemu jest cichy, ale za to powolny. Jest też podatny na ataki dronów FPV i potrafi ugrzęznąć w błocie lub w leju po bombie. Najnowsza seria używa modułów Jetson Orin Nano do lepszej nawigacji w terenie. Nie pomaga to w rozwiązaniu problemu polegającego na tym, że gdy Kuryer przyjmuje pozycję do ataku, sam staje się łatwym celem. Dron ten występuje też w wersjach do transportu sanitarnego lub do prowadzenia walki radioelektronicznej (WRE). Przykładowy wariant bojowy prezentuje fotografia 3. Warto dodać, że drony Kuryer są na tyle tanie w produkcji, iż mimo wad stanowią główne „mięso armatnie” pośród lądowych maszyn bezzałogowych, a możliwość pracy jako retransmitery poprawia ich zasięg operacyjny.
Innym pojazdem tego typu jest Uran-9 wyposażony w armatę 30 mm. Z tego też powodu napędza go silnik diesla. W propagandzie rosyjskiej miał być „rewolucją” na polu walki. Okazało się jednak (na szczęście), że na froncie jest kompletnie bezużyteczny, ale za to drogi. Armata 30 mm może dobrze wyglądać na papierze, ale brak jakiejkolwiek stabilizacji ognia sprawia, że jest niecelna. Przy dużej masie własnej (12 ton) Uran-9 ma ogromne problemy z awaryjnością zawieszenia, a silnik diesla potrzebny do jego napędzania czyni go łatwym celem dla dronów wyposażonych w termowizję. Dodajmy faktyczny zasięg łączności w terenie zrujnowanym (dawniej zabudowanym), który wynosi 300 metrów, zamiast deklarowanych 3 km i mamy obraz pięknej katastrofy. Przed manewrami Zapad-2021 pokazano te drony opinii publicznej – do obejrzenia na fotografii 4.
Spójrzmy jeszcze na dwa pojazdy, które Rosjanom wyszły w miarę dobrze: Ulan-2 i Omich. Ulan-2 to dron logistyczny o nośności 200...500 kg ładunku lub dwóch rannych żołnierzy z noszami. Skuteczność ewakuacji medycznej z jego użyciem wynosi 30%, co jest bardzo wysokim wynikiem, jak na rosyjskie wojsko. Ulan-2 używa napędu hybrydowego, co pozwala mu cicho podjechać pod linię frontu. Omich jest mniejszym dronem o napędzie elektrycznym, stosowanym głównie jako dron kamikaze i transporter do dowożenia niedużych ilości zapasów krytycznych, jak woda czy baterie do radiostacji. Oba pojazdy używają łączności światłowodowej, przy czym dla Omicha to jedyna opcja.
W kwestii rosyjskiej obrony antydronowej, głównymi metodami są różnego rodzaju pancerze, klatki, siatki i tym podobne fizyczne bariery, które mają zatrzymać lub odbić drony ukraińskie. Rosja łączy te proste rozwiązania z systemami zakłócania łączności (WRE), jak na przykład montowane na magnes do pojazdów urządzenia Volnorez, które omiatają pasmo radiowe od 400 MHz do 6 GHz. Jedną z ciekawszych broni w tym arsenale są ręczne „pistolety WRE”, które pozwalają żołnierzom na „ostrzeliwanie” nadlatujących dronów FPV (First Person View). Gładkolufowe strzelby strzelające amunicją śrutową też są skuteczną bronią na froncie walki z dronami – przy odrobinie szczęścia i zręczności zwinny dron da się trafić choćby częścią chmury śrutu. Warto tu zaznaczyć, że wbrew temu, co pokazują amerykańskie filmy akcji, rozproszenie śrutu nie jest aż tak wielkie. Rosja używa też systemów przeciwlotniczych, w tym także pamiętających czasy drugiej wojny światowej. Systemy takie wymagają odnowienia i wymiany układu celowniczego na współczesny celownik optoelektroniczny.
Do wykrywania ukraińskich dronów Rosja stosuje też systemy oparte o AI i sieć mikrofonów, gdyż małe i zwinne drony FPV mają znikomy ślad radarowy. Aktywną formą obrony są też własne drony FPV, oparte na komercyjnych konstrukcjach wyścigowych, tylko ze wzmocnionym szkieletem ramion, które strącają ukraińskie drony przez zderzanie się z nimi. Inne drony (Volk-12, Volk-18) dysponują wyrzutniami kevlarowych sieci, którymi miotają z odległości 3...5 metrów w stronę rotorów dronów ukraińskich, co je skutecznie strąca. Volk-18 ma celownik optyczny sprzężony z AI, które asystuje w celowaniu. Ostatnią grupę stanowią drony wyposażone w broń gładkolufową kalibru 12/70, strzelającą śrutem lub specjalnymi pociskami odłamkowymi. Wadą tego rozwiązania jest spory odrzut i konieczność jego kompensacji. Na początku 2026 roku rosyjskie drony przechwytujące okazały się na tyle skuteczne, by stworzyć strefy, do których drony ukraińskie nie mogły wlecieć. Ukraina dość szybko wdrożyła jednak taktykę wysyłania własnych „interceptorów” wraz z dronami zwiadowczymi i atakującymi, co prowadzi do walk lotniczych przypominających czasy pierwszej wojny światowej. Warto zaznaczyć, że wszystkie te drony są relatywnie prostymi konstrukcjami opartymi o komercyjne modele, głównie chińskie.
Ukraińskie drony i roboty
Ukraina w obliczu ograniczeń w ilości żołnierzy dość szybko wdrożyła własne systemy dronowe i antydronowe do walki. Dużą przewagą Ukrainy jest brak ograniczeń w dostępie do komponentów i gotowych dronów, a także duże wsparcie ze strony krajów UE (i USA).
Ukraina zastosowała też inną taktykę projektowania i produkcji dronów: zamiast skupiać się na kilku modelach (jak Rosja), produkują setki różnych platform, od zupełnie amatorskich konstrukcji, aż po bardzo zaawansowane systemy bojowe od dużych firm. Dzięki temu Ukraina może w krótkim czasie przetestować różne rozwiązania, wybrać najlepsze i wdrożyć je do użycia, a w razie zmiany sytuacji na froncie, równie szybko się dostosować. Nowe rozwiązania pojawiają się nawet i co tydzień, z czym Rosja nie jest w stanie konkurować.
Takie podejście oznacza też, że nie ma jednej, centralnej fabryki dronów, tylko setki małych manufaktur rozproszonych po całym kraju. Tymczasem rosyjska produkcja skupiona jest w kilku dużych fabrykach, jak choćby Ałabuga. Ukraina posiada też największą na świecie siatkę farm drukarek 3D i używa ich do masowej produkcji różnych komponentów, w tym obudów i ram dla dronów czy stabilizatorów lotu, które można przyczepić do granatu zrzucanego z drona niczym małą bombę.
Spójrzmy zatem na jeden z dronów latających, odpowiedzialny za ataki na rosyjskie rafinerie i składy amunicji Lyutyi (fotografia 5). Jest to dron w formie klasycznego samolotu o rozpiętości skrzydeł 6,7 m i długości prawie 4,4 m. Napęd stanowi czterosuwowy silnik benzynowy o mocy 50...60 KM, który zamontowany jest z tyłu i pcha samolot. Zbiornik paliwa w kadłubie pozwala na 10...12 godzin lotu i zasięg 1000...1200 km (zależnie od masy głowicy bojowej). Konstrukcja wykonana jest z włókna szklanego, dzięki czemu jest wystarczająco sztywna i wytrzymała, a przy tym zostawia mniejszy ślad radarowy. Głowica bojowa o masie 50...75 kg może nie jest duża, ale wystarczy do niszczenia infrastruktury krytycznej. Przy ataku na rafinerię wystarczy przebić kolumnę rektyfikacyjną i detonować taki ładunek, by wywołać pożar znacznej części rafinerii. Remont po takim ataku trwa miesiącami, bo komponenty w wielu przypadkach pochodzą od firm zachodnich i – o ile Rosja może przemycić kilka skrzynek modułów Nvidia Jetson – to mierząca kilkanaście metrów długości stalowa kolumna rektyfikacyjna może być nieco kłopotliwa dla przemytników. Lyutyi posiada dość rozbudowany system nawigacji, oparty na wieloelementowych antenach GPS, które są mniej podatne na zagłuszanie (analogiczne rozwiązanie do rosyjskich systemów Kometa-M), ale dzięki dostępowi do zachodnich komponentów posiada też bardzo rozbudowany system nawigacji inercyjnej, pozwalający na utrzymanie kursu przez kilkadziesiąt kilometrów. W końcowej fazie lotu dron używa prostego systemu widzenia maszynowego, by rozpoznać cel (np. wspomnianą kolumnę rektyfikacyjną) i skorygować kurs z dokładnością do 1...2 m.
Innym ciekawym dronem latającym jest Uj-26 Bober (fotografia 6) firmy UkrJet, czyli mniejsza maszyna latająca o konstrukcji tzw. kaczki (Canard). W tym układzie ster wysokości znajduje się z przodu płatowca, a skrzydła bliżej jego tyłu. Maszyna uzyskuje większą siłę nośną, dzięki czemu może latać wolniej. W razie utraty siły nośnej (przeciągnięcie – stall), przód naturalnie opadnie pierwszy, a płatowiec wejdzie w lot ślizgowy odzyskując stabilność wraz ze wzrostem prędkości. Maszyna też jest bardziej zwrotna dzięki temu układowi.
Jednym z powodów, dla których w zwykłych samolotach układ kaczki spotykany jest rzadko wynika właśnie z tej zwrotności – zbyt gwałtowny manewr prowadzi do ogromnych przeciążeń. Dron pozbawiony „wkładki mięsnej” może sobie pozwolić na gwałtowniejsze manewry. Bober, mimo mniejszych wymiarów (2,5 m × 2,5 m), może unieść głowicę o masie 20 kg i dostarczyć ją na odległość 800...1000 km. Kadłub o opływowym kształcie wykonany jest z włókna węglowego, a silnik z tyłu zapewnia prędkość przelotową 120...150 km/h, zaś prędkość maksymalna to 200 km/h. Najnowsze modele implementują kilka unikalnych rozwiązań technologicznych, radykalnie podnoszących ich wartość bojową. Bober, poza standardową nawigacją satelitarną i inercyjną, używa też nawigacji wizualnej. Ukraina posiada dostęp do dokładnych map satelitarnych i wgrywając taką mapę do maszyny, ta może rozpoznać rzeki, drogi i lasy wizualnie, a następnie wykorzystać te informacje do ustalenia pozycji i kursu. System FPV i łączność satelitarna pozwalają operatorowi wybrać dokładnie, w co dron uderzy – bez problemu można naprowadzić go na konkretne okno lub otwarty właz pojazdu opancerzonego. Głównym zastosowaniem tego drona są zatem precyzyjne ataki na instalacje wojskowe, czy nawet budynki rządowe i prywatne rezydencje rosyjskich oligarchów.
Ciekawą grupę dronów UAV stanowi rodzina Baba Jaga, czyli ciężkie heksakoptery i oktokoptery używane przez Ukrainę do nocnych nalotów bombowych. Drony te oparte są na komercyjnych konstrukcjach dronów rolniczych, jak DJI Agras T40, ale poddane licznym modyfikacjom. Rama wykonana jest z włókna węglowego i aluminium lotniczego, a 6...8 użych silników elektrycznych napędza proporcjonalnie duże śmigła. Wprawdzie zasięg wynosi tylko 16 km, a prędkość przelotowa to marne 40 km/h (z ładunkiem) lub 80 km/h (bez), ale opisywany model ma za to kamerę termowizyjną z zoomem 20×/30× oraz system wsparcia celowania, co pozwala zrzucić minę przeciwczołgową lub inny ładunek precyzyjnie na cel. Drony Baba Jaga często mają terminale Starlink, a od niedawna zaczęły być używane jako „nosiciele” mniejszych dronów FPV i jako latające wieże łączności dla nich. Mimo że są duże, powolne i głośne, drony te sieją spustoszenie wśród rosyjskiego sprzętu wojskowego.
Również w przypadku dronów FPV Ukraina opracowała szereg zróżnicowanych rozwiązań. Ramy o różnej wielkości (6, 8 i 10 cali) wykonane są z włókna węglowego. Obudowy elektroniki coraz częściej są drukowane z PET-G (to jeden z moich ulubionych filamentów) lub z nylonu z dodatkiem włókna szklanego. Za napęd służą silniki BLDC takich firm, jak Emax, choć Ukraina ma też własne kopie. Kontrolery lotu oparte są na układach STM32F4 lub F7, z mocno zmodyfikowanym firmware Betaflight. Drony FPV często też dysponują systemami AI opartymi na modułach Nvidia Jetson Orin Nano, albo na chińskich alternatywach, które są sporo tańsze. Operator może dzięki temu wskazać cel z odległości 500 metrów, a dron w niego trafi, nawet jak całkowicie utraci łączność. Drony z serii „Vandal” stosują jeszcze ciekawsze rozwiązanie: cienki jak włos światłowód rozwijany przez drona za sobą, dający zasięg 10 km i krystalicznie czysty obraz wysokiej rozdzielczości. Drony te są odporne na zagłuszanie, a operator cały czas zachowuje nad nimi kontrolę.
Ukraińskie drony FPV stosują trzy rodzaje ładunku bojowego:
- opisane wcześniej bomby termobaryczne, stosowane do walki z żołnierzami w bunkrach i piwnicach. Fala uderzeniowa w zamkniętej przestrzeni jest zabójcza;
- ładunki odłamkowe, detonowane 2...3 metry nad głowami żołnierzy i rozrzucające setki kulek na dużym obszarze;
- przeciw pojazdom Ukraińcy stosują specjalne pociski formowane, które odpalane są z odległości 2...3 metrów – niweluje to stosowane przez Rosję siatki i klatki jako fizyczne bariery antydronowe.
Pewną ciekawostką jest zastosowanie w dronach FPV najnowszych przetworników optycznych Sony Starvis 2. Sensory te oferują lepszą jakość obrazu w warunkach słabego oświetlenia oraz w paśmie bliskiej podczerwieni, dlatego stosowane są głównie w kamerach monitoringu i wideorejestratorach.
Podobnie jak Rosja, Ukraina też używa lądowych pojazdów bezzałogowych. Kraj posiada trzy podstawowe typy pojazdów bojowych: Ratel S, Lyut i Ironclad. Ratel S (fotografia 7) to kołowy dron kamikaze przenoszący dwie miny przeciwpancerne. Jego niski profil pozwala mu podjeżdżać pod pojazdy wroga, zanim zdetonuje swój ładunek. Odnotowano przypadki, gdy ten robot był parkowany pod konstrukcją mostu celem jego zburzenia. Relatywnie prosta i tania konstrukcja oznacza, że konieczne jest zdalne sterowanie przez cały czas.
Jako wsparcie łączności używane są zmodyfikowane drony latające, najczęściej DJI Mavic 3 i Autel EVO II. Do podwozia drona montowany jest wojskowy moduł retransmittera, po czym dron wznosi się na wysokość 300...500 metrów nad obszarem działań. Kamera drona wykorzystywana jest przy okazji do zwiadu. Problemem tego rozwiązania jest cena samych dronów, dlatego w październiku 2025 ukraiński MON zdecydował się na tańszą, dedykowaną platformę Kolibri 13 FR1 firmy TAF Industries. Alternatywnie drony Baba Jaga i proste płatowce są również używane w tej roli. Baba Jaga z modułem Starlink oferuje zasadniczo nielimitowany zasięg łączności, ograniczony jedynie ilością energii w akumulatorach.
Drony z serii Lyut (fotografia 8) oferują wsparcie ogniowe żołnierzom piechoty. Wyposażone są w ciężki karabin maszynowy kalibru 7,62 mm oraz system automatycznego śledzenia celów. Zadanie to ułatwia kamera wysokiej rozdzielczości z zoomem 30× i termowizją.
Drony te mają relatywnie stabilną bazę oraz dobrą dzielność terenową i często występują na froncie w pierwszej linii, gdzie mogą prowadzić długi ostrzał. Czasami są wręcz zostawiane, by zasadzić się na atakujące wojska rosyjskie i znienacka je ostrzeliwać.
Ironclad (fotografia 9) to najcięższy dron bojowy Ukrainy. Jest to opancerzona maszyna składająca się z dwóch części: przedniej i tylnej, połączonych przegubem. Napęd realizowany jest za pomocą silników elektrycznych zasilanych za pomocą akumulatorów i generatora spalinowego. Takie rozwiązanie hybrydowe (stosowane też przez Rosję) ma szereg zalet: może cicho poruszać się na linii frontu z małym śladem termicznym, ale poza frontem oferuje większy zasięg i moc. Ironclad radzi sobie lepiej w terenie od dronów rosyjskich dzięki budowie przegubowej – każda z par kół może lepiej dopasować się do ukształtowania terenu poprawiając przyczepność w trudnych warunkach. W Internecie nie ma zbyt wielu szczegółów na temat tego drona, poza masą (1800 kg), zasięgiem (130 km) i prędkością maksymalną (20 km/h na drodze i 15 km/h w terenie). Uzbrojenie stanowić może granatnik automatyczny albo ciężki karabin maszynowy 7,62 mm lub 12,7 mm. Masa ładunkowa dla amunicji i uzbrojenia wynosi 300 kg. Ciekawą informacją jest fakt, że Ironclad może samodzielnie przemieszczać się dzięki nawigacji satelitarnej, a użycie AI pozwala na automatyczne wyśledzenie celów – operator musi wydać jedynie polecenie strzału.
Sirko-S1 firmy SkyLab UA używany jest przez ukraińskie wojsko jako dron logistyczny. Jest dość tani (kosztuje tylko 8 tysięcy dolarów), ale w zamian oferuje relatywnie niską konstrukcję i nośność do 200 kg, co jest wykorzystywane w transporcie amunicji i zapasów.
Posiada też funkcję automatycznego podążania za żołnierzem. Istnieje też wariant z masztem z kamerą, dzięki któremu ten dron staje się mobilnym punktem obserwacyjnym. Do ewakuacji rannych żołnierzy Ukraina stosuje od niedawna dedykowane drony FoxTac o bardzo niskim profilu. Tak niskim, że ranny żołnierz znajduje się zaledwie kilkanaście centymetrów nad ziemią. Drony te mają niewielki zasięg zdalnego sterowania, tylko 700 metrów, ale potrafią samodzielnie wrócić do bazy.
Z powodu ciągłych, nieustannych ataków rosyjskich na cele cywilne i wojskowe, Ukraina zmuszona była opracować najskuteczniejszy na świecie, wielowarstwowy system antydronowy (który Polska zamierza od nich zakupić). Cały kraj znajduje się pod Pokrovą, systemem spoofingu nawigacji satelitarnej, który wprowadza w błąd rosyjskie drony i rakiety. Drugim elementem strategicznej warstwy obrony jest sieć czternastu tysięcy czujników akustycznych montowanych na wieżach telefonii komórkowej (i nie tylko), które w połączeniu z AI potrafią zidentyfikować i namierzyć nisko przelatujące drony rosyjskie niewidoczne dla radarów. Drugim elementem obrony są systemy WRE. Mniejsze „kopuły” (system Piranha) zapewniają zagłuszanie rosyjskich dronów FPV w promieniu kilkuset metrów wokół urządzenia. Większe systemy (Bukovel-AD), montowane na pick-upach, mające zasięg wykrywania 70 km, a aktywnego zagłuszania 20 km – przeznaczone są do ochrony celów stacjonarnych. Ukraina używa też przenośnych urządzeń WRE, które mają chronić pojedyncze oddziały oraz systemów wyrzutni siatki, które mogą „usidlić” dron FPV z odległości 25 metrów. Siatka ma wymiary 3×3 metry i nie wymaga aż tak dokładnego celowania, jak strzelba gładkolufowa.
Przeciw dużym dronom rosyjskim Ukraina stosuje szereg własnych dronów. Model Sting, kosztujący poniżej trzech tysięcy dolarów, strąca rosyjskie drony Shached/Geran równie skutecznie, co o wiele droższe rakiety systemu Patriot. Od maja 2025 roku drony te strąciły ponad 40 tysięcy wrogich bezzałogowców. Z kolei drony P1-Sun atakują głównie drony zwiadowcze i robią to z prędkością do 450 km/h. Rama tych pojazdów, wraz z opływową skorupą, wykonane są w technologii druku 3D. Drony Sting-II z kolei wykorzystują większą baterię i cyfrową kamerę nocną do patrolowania przestrzeni powietrznej przez kilkanaście minut, by zaatakować wykryty cel. Drony Bullet to chyba najciekawszy twór Ukrainy w tej kategorii: quadrocoptery z silnikiem turboodrzutowym. Tradycyjne wirniki pozwalają na pionowy start i manewrowanie, podczas gdy silnik odrzutowy nadaje im wystarczającą prędkość by przechwycić cel w locie. Ukraina ma też dron płatowy przeznaczony do obrony powietrznej o nazwie Salyut. Może on latać dużo dłużej, niż typowy quadrocopter. Trzeba jednak pamiętać, że wysoka skuteczność obrony powietrznej Ukrainy wynika też z użycia AI do wykrywania nadlatujących dronów oraz w końcowej fazie lotu przechwytującego. Interceptor nie musi też uderzyć we wrogi dron, wystarczy że detonuje swój ładunek wystarczająco blisko, by odłamki zniszczyły pojazd.
Wojna maszyn
Z tego krótkiego przeglądu wyłania się jeden wniosek: przyszłość pola walki należy do AI. Zarówno w kwestii wykrywania i namierzania celów, jak i realizacji samego ataku, automatyzacja i sztuczna inteligencja w coraz większym stopniu ograniczają udział człowieka w walce. Teoretycznie można by zbudować całkowicie autonomicznego robota, który ruszyłby na umocnienia wroga, automatycznie wykrył żołnierzy (termowizja) i prowadził skuteczny ogień. Dla przykładu można rozważyć konstrukcję ciężkiego oktokoptera, wyposażonego w szybki komputer z AI i stabilizowany gimbalami karabin – maszyna taka mogłaby lecieć tuż nad ziemią, unikając przeszkód dzięki LIDARom i kamerom, by następnie ostrzelać każdy cel rozpoznany przez system AI jako sprzęt wojskowy oraz każdy obiekt wielkości i kształtu człowieka i o temperaturze ludzkiego ciała. Dyskusje na temat takich rozwiązań trwają już od dekad, a ich intensywność wzrosła wraz z atakiem Rosji na Ukrainę i zwiększeniem użycia AI na froncie przez obie strony. Generalnie na Zachodzie panuje opinia, że powinno się wprowadzić ogólnoświatowy zakaz tak dalece posuniętej „automatyzacji zabijania”. W praktyce jednak należy rozważyć, czy warto rezygnować ze skutecznej broni na rzecz wyższości moralnej nad wrogiem, który do takich zakazów raczej nie będzie się stosował? Pokrewny problem pojawił się właśnie w trakcie konfliktu w Ukrainie. Rosja nie ratyfikowała zakazu stosowania min przeciwpiechotnych, więc rozstawia je na okupowanych terenach. Ukraina traktat ratyfikowała i sama nie może chronić swoich ziem przed szturmem agresora.
Czy zatem powinno się „wyciąć” człowieka z pętli kontroli nad bronią autonomiczną? Na to pytanie Czytelnik sam musi sobie odpowiedzieć, choć zdaniem Autora nie tylko nie powinno się tego robić, a w praktyce jest to jeszcze niewykonalne. W przypadku opisanego wyżej drona bojowego to człowiek podejmuje decyzję o wysłaniu go na misję, więc nadal mamy element kontroli. Drugim elementem może być nakaz przerwania ataku i powrotu do bazy. Ale gdy wiemy, że dron znajduje się u celu, nie potrzeba odpowiadać za każdy strzał. Zresztą nawet teraz obie strony wojny w Ukrainie pozwalają swoim dronom na przeprowadzenie ataku po tym, jak cel został wskazany lub zidentyfikowany automatycznie. Pragmatyzm na polu walki jest ważniejszy od względów moralnych, szczególnie dla strony broniącej się przed wrogiem, który za nic ma wszelkie traktaty i prawa człowieka. Polskie wojsko również musi być gotowe na produkcję i używanie dalece zautomatyzowanych dronów i systemów antydronowych opartych na AI, szczególnie jeśli główny sojusznik Polski, USA, może być zaangażowany w konflikt na Bliskim Wschodzie (Iran, ale też organizacje Hamas i Hezbollah) lub w Azji z Chinami (potencjalna wojna o Tajwan) i w razie agresji ze strony Rosji nie być w stanie zaangażować się w Europie.
Wszystko wskazuje na to, że kolejne dekady przyniosą znaczny rozwój w branży zbrojeniowej i wzrośnie wykorzystanie w niej systemów AI. Istotnymi kierunkami będą zarówno: produkcja dronów krótkiego zasięgu w ogromnych ilościach, jak i tworzenie rozwiązań pozwalających atakować cele daleko poza linią frontu. Sytuacja Ukrainy pokazuje też, jak ważna jest decentralizacja produkcji oraz rozproszona sieć detekcji. Spoofing nawigacji satelitarnej w razie ataku to też dobra taktyka, ale nie będzie działać zbyt długo, bo coraz łatwiej będzie zbudować system nawigacji wizualnej, odporny na zagłuszanie. I tak, jak powstają autonomiczne systemy ataku, tak też powinny powstawać zautomatyzowane systemy obronne. W czasach drugiej wojny światowej powstały pierwsze systemy radarowego kierowania ogniem przeciwlotniczym, ale drony są celami trudniejszymi do wykrycia, a radary dodatkowo nie radzą sobie dobrze przy ziemi. Co można użyć w zamian? Detektory akustyczne, jak w Ukrainie, ale też LIDARy i pasywne detektory optyczne (kamera + AI).
Systemy takie, w formie modułów można by, wzorem Ukrainy, montować na masztach telefonii komórkowej, słupach energetycznych i na dachach budynków. Zaprojektowanie takiego systemu wymagać będzie sporej kadry specjalistów, zarówno od systemów embedded jak i od AI, projektowania elektroniki i konstrukcji mechanicznej. Przy czym całość musiałaby być tania w produkcji i łatwa w instalacji.
Innym dobrym kierunkiem rozwoju jest projektowanie tanich płatowców bezzałogowych. Zarówno Rosja, jak i Ukraina używają „zwiadowców” i „wabików” zrobionych ze styropianu i tektury. Ten pierwszy materiał spotyka się dość często w latających modelach RC. Zrobienie dobrej maszyny latającej to spore wyzwanie, gdyż wymaga zachowania odpowiedniego balansu między rozpiętością skrzydeł (większa siła nośna, ale i większe opory powietrza), wielkością silnika (dostępny ciąg i maksymalna prędkość lotu) oraz masą całej konstrukcji (która wpływa na osiągi i ładowność). Zaletą budowania bezzałogowców jest to, że prototyp nie musi być wykonany tak solidnie, jak prototyp samolotu załogowego, skala może być (sporo) mniejsza, a dodatkowo na rynku nie brakuje części dla modelarzy.
Można się pokusić o wzięcie konstrukcji RC o dobrych właściwościach lotnych i przeskalowanie jej do wielkości drona wojskowego – amatorzy przetestowali każdą typową i nietypową konstrukcję płatowca. Gotowe modele latające (bez elektroniki) można nabyć w Chinach w cenie od niespełna trzystu do kilku tysięcy złotych.
Przy prototypowaniu jakiegokolwiek drona latającego czy naziemnego (o dronach wodnych nie wspominając) pojawi się pytanie o modele AI i moduły do nich. Nie każdy może sobie pozwolić na zakup modułu Nvidia Jetson, nawet starszej generacji, by ryzykować jego zniszczenie lub zagubienie wraz z modelem. Na szczęście są tańsze alternatywy, choć może nie tak potężne, jak amerykańskie. Firma Sipeed z Chin ma w swojej ofercie tanie płytki MaixCAM, MaixCAM Pro i MaixCAM2 specjalnie stworzone do pracy z modelami VLM, w cenie 2...10 razy niższej od oferty marki Nvidia. Wygenerowanie prostego modelu klasyfikującego obiekty dla tej płytki zajmuje godzinę (zarówno czas generowania, jak i rezultat zależą od wielkości i jakości zestawu danych szkoleniowych). Ponoć praca z tymi płytkami jest tak łatwa, że każdy może stworzyć własny model i aplikację. Moduły te mają kilka rdzeni RISC-V: główny realizuje funkcje związane z obsługą modelu VLM (model wizualno-językowy, ang. Vision Language Model), ale dodatkowy, z systemem RTOS, może zostać oddelegowany do obsługi I/O. Wystarczy jeszcze podłączyć moduł IMU (inercyjna jednostka pomiarowa, ang. Inertial Measurement Unit) i prosty kontroler serwomotorów, by zintegrować ze sobą kontrolę lotu oraz jego stabilizację. A to otwiera też drogę do budowy drona, który naturalnie jest niestabilny w locie, co w połączeniu z – przykładowo – konfiguracją kaczki znacznie zwiększa manewrowość.
Zakończenie
Wojna przyszłości dzieje się już teraz i nie wygra jej ten, kto ma większą liczebność wojska, lecz ten, kto ma przewagę technologiczną. Tę przewagę należy wypracowywać już teraz, także jako narzędzie odstraszania. W końcu od dawna wiadomo, że „Si vis pacem, para bellum”.
Paweł Kowalczyk, EP