Survival dla elektroników (i nie tylko), czyli czego nie rozumieją preppersi?

Survival dla elektroników (i nie tylko), czyli czego nie rozumieją preppersi?

Gdy piszę te słowa, na Ukrainie wciąż trwa wojna. Niedawno miały miejsce akty dywersji na polskiej kolei, a według tego, co podają miłościwie nam rządzący, Polska jest pod stałym oblężeniem rosyjskich i białoruskich hakerów. Z oficjalnej strony można już pobrać publikację rządową pod tytułem „Poradnik Bezpieczeństwa”, która dedykowana jest zwykłym obywatelom. Ale czy elektronik nie powinien przygotować się bardziej, zgodnie ze swoją wiedzą i umiejętnościami?

„Poradnik Bezpieczeństwa” to dobrze przygotowana publikacja, jednak z kilkoma drobnymi niedopatrzeniami. Dla przykładu: w sekcji poświęconej zatroszczeniu się o alternatywne źródło ciepła, poradnik pomija istotny punkt: potrzebne jest jedno źródło do ogrzewania i drugie do gotowania. Kuchenka na „bioalkohol” (czyli – innymi słowy – skażony spirytus) ogrzeje świetnie wodę czy obiad, ale nie jest zbyt wydajna w ogrzewaniu pomieszczenia, podczas gdy piecyk na to samo paliwo ogrzeje pomieszczenie wydajnie, ale gotowanie na nim jedzenia może stanowić problem. Mi osobiście nie spodobało się to, że kilka istotnych informacji znajduje się na czerwonym tle – dla mnie jest to nieczytelne, a w warunkach kryzysowych, przy słabym świetle, każdy będzie miał problem z czytaniem tego tekstu.

Kontrast i czytelność w takich instrukcjach to rzecz ważniejsza niż fajny projekt graficzny i byłoby miło, gdyby zostało to poprawione. Nie będę dalej omawiał ani recenzował poradnika rządowego, bo inni zrobili to już lepiej (vide Krzysztof Lis z kanału YT „Domowy Survival”), ale zanim przejdę do tego, czym może uzupełnić swoje zapasy elektronik chciałbym poruszyć inny problem związany ogólnie ze sztuką przetrwania, „preppersami” i pokrewnymi tematami.

Moda na survival

Dawno, dawno temu oglądałem epizod programu, w którym niejaki Bear Grylls dewastował opuszczony budynek w Gdańsku celem zademonstrowania tzw. sztuki przetrwania w miejskiej dżungli. Poziom absurdu i głupoty tego, co ów człowiek wyprawiał, był niezwykły. Otwieranie siłą szybu windowego i wspinanie się po linach jak jakiś nierozgarnięty pawian, gdy obok jest perfekcyjnie użyteczna klatka schodowa, to tylko jeden przykład. Dobrze, że w Polsce słonie występują tylko w zoo, bo autor filmu wpadłby na równie „kreatywny” pomysł wyciskania wody ze słoniowego placka. Co zresztą zrobił w odcinku dziejącym się bodaj w Afryce. Oczywiście wielu ludzi „kupiło” jego bajania o przetrwaniu, kupili także jego gadżety i zestawy przetrwania. A jak nie od niego, to od wielu innych dilerów wszelkich, przepłaconych zresztą towarów.

Dam przykład: rozglądałem się za małym łomem, choć właściwsza nazwa to angielskie „pry bar”, czyli przyrząd do podważania. W anglojęzycznym YouTube jest sporo recenzji różnych takich „łomków” do noszenia przy sobie (ang. EDC – „every day carry”, u nas tłumaczone jako „ekwipunek dźwigany codziennie”, co swoją drogą świetnie nadaje się na nazwę kanału o takich gadżetach), ale je wszystkie łączą dwie cechy: wysoka cena i całkowita bezużyteczność. Typowy przedstawiciel tego podgatunku wykonany jest z jakiejś „magicznej” stali lub stopu tytanu, ma długość mniejszą niż szerokość mojej dłoni i zwykle posiada liczne otwory i/lub wycięcia dające takie funkcje, jak klucz do nakrętek maszynowych, otwieracz do butelek czy też miniaturowa piła. Waży to kilkanaście gramów, a w razie potrzeby można sobie tym co najwyżej piętę oskrobać. Załóżmy, że zdarzył się wypadek i ktoś jest uwięziony wewnątrz samochodu. Drzwi nie da się otworzyć, przez okno czy przednią szybę ofiary nie da się wyciągnąć, a trzeba ratować, bo na przykład samochód zaczyna się dymić, a straż pożarna będzie dopiero za dziesięć minut. Nasz bohater wyciąga tedy swój żart pod tytułem „pry bar” i próbuje wyważyć drzwi, które się zaklinowały. Nie da rady, bo dźwignia jest za krótka i nie da się jej dobrze złapać. Jeśli spróbuje użyć jakiejś rurki jako przedłużenia, to swój gadżet za 20...50 dolarów złamie, bo pole przekroju tego kosztownego narzędzia wynosi może 10 mm². To troszkę mało i wie o tym każdy, kto naprawdę musiał coś podważyć, wyważyć czy choćby odkręcić oporną nakrętkę. Łyżka do opon czy „pry bar” o długości minimum 20 cm poradzą sobie o wiele lepiej. No ale tak wygląda rzeczywistość gadżetów dla preppersów, survivalistów i innych czekających na koniec świata tak, jak ja czekam na przelew.

Dajmy inny przykład, obecnie dość mocno na czasie, czyli plecaki ewakuacyjne, zwane też ratunkowymi. Widziałem kiedyś recenzję jednego takiego plecaka, robioną oczywiście w ramach reklamy. Był spory i naładowany sprzętem ze sklepu „wszystko po pięć złotych”.

Szczególnie ciekawy był zachwyt „recenzenta” nad faktem, że plecak jest szary, więc trudniej zobaczyć, czym jest z odległości, co ułatwia maskowanie się przed obcymi chcącymi okraść posiadacza owego plecaka. Zdanie później zachwycał się użyciem specjalnego rodzaju szarej tkaniny, która jest mocno odblaskowa (i to z dodatkowymi odblaskami w innych kolorach), co ułatwi zobaczenie posiadacza nawet z dużej odległości.

Wspomniałem o taniej zawartości i w tym przypadku jest ona spektakularnie tania. Zestaw oferuje między innymi nawigacyjną busolę wielkości orzecha włoskiego, malutkie krzesiwo (które wymaga wprawy), kilka zapałek sztormowych, ale ani jednej zapalniczki, a do tego nóż klasy bazarowej i takiż scyzoryk oraz latarkę, którą zwykle przypina się zamiast breloczka, by łatwiej trafić kluczem do zamka w nocy. Jako źródło ciepła lub podpałka w zestawie znalazł się jeden z podgrzewaczy do jedzenia zawierających alkohol w żelu. Plecak nie zawierał jednak żadnych ubrań zapasowych, niczego lepszego niż „kosmiczny koc” i jakiś cienki „tarp”, czyli kawałek folii malarskiej udającej brezentową plandekę, ani zbyt wiele sensownego jedzenia. Cena tego plecaka wynosiła kilkaset dolarów, czyli 6...8 razy tyle, co jego rzeczywista wartość. No ale to amerykańska szkoła przetrwania w praktyce – pełno tanich (i drogich) gadżetów, które w przetrwaniu nie pomogą za bardzo. Jak te opaski przetrwania z paracordu, które przy pierwszej próbie rozpakowania nie dadzą się już spakować bez tajemnej wiedzy o zaplataniu. Sam paracord to przereklamowana linka o wątpliwych walorach użytkowych. Chcecie liny, to kupujecie alpinistyczną albo żeglarską. Sam mam tej drugiej dwa rozmiary (2 mm i 5 mm średnicy) i używam cały czas. Zestawy przetrwania w puszce zwykle zawierają wszystko z wyjątkiem tej jednej rzeczy, która może się przydać. Multitoole i scyzoryki to fajne gadżety, ale większość z nich nie jest warta swojej ceny, a reszta jest stanowczo przepłacona. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Składany nożyk z marszpiklem jest lepszym wyborem w porównaniu do czegokolwiek, co ma więcej niż 5 funkcji w jednym. Co to jest marszpikiel? To zwężający się szpikulec o tępym czubku używany między innymi do rozsupływania węzłów. Można też go używać do podważania, na przykład wieczek od puszek z farbą czy topnikiem.

Kolejna modna rzecz to wszelkiej maści podręczniki i poradniki przetrwania. Bear Grylls ma ich kilka. Są świetne przy rozpalaniu ogniska jako podpałka, ale często są wydane na papierze kredowym, a zatem jako papier toaletowy się nie sprawdzą – mają więc ograniczoną użyteczność. Generalnie, jeśli na okładce jest cokolwiek z nazwą jednostki wojskowej (SAS, US Rangers, GROM, etc.), to można spokojnie uznać, że nie jest warte zakupu. Porady w nich zawarte są często błędne, niepraktyczne lub wymagają kondycji i umiejętności, których większość z nas nie posiada. Pomijam już fakt, że każdy taki poradnik zakłada, iż czytelnik utknie pośród amazońskiej dżungli albo w górach USA, tysiąc kilometrów od najbliższego miasteczka, albo gdzieś w Afryce. Jest to oczywiście absurd, jak imć Grylls udający szympansa w szybie windy. Nie twierdzę, że wszystkie takie poradniki są całkowicie bezużyteczne, ale większość jednak jest. Zwłaszcza jeśli czytelnik nie przećwiczy w praktyce tego, co w nich przedstawiono. Posiadanie wiedzy nigdy nie zastąpi praktycznego doświadczenia. Jeśli poradnik uczy rozpalać ognisko za pomocą patyków, to jest całkowicie bezwartościowy. Podręcznik opisujący, jak obchodzić się z krzesiwem jest lepszy. Wyżej od niego stoi ten, który uczy jak przygotować i przechować podpałkę. Najlepsze podręczniki dodają też linijkę „Możesz użyć zapalniczki”.

Wbrew temu, w co wierzą preppersi nie czeka nas żaden koniec świata. Nie ma w planach apokalipsy zombie, nikt nie wywoła globalnej wojny atomowej zakończonej równie globalną atomową zimą. Grozi nam jeno zwykła, prozaiczna i zupełnie konwencjonalna wojna.

Wielkie pożary, wielkie powodzie i wielkie wichury są większym zagrożeniem niż wielkie konflikty. Jak przyjdzie rozkaz „ewakuacja”, to idioci pobiegną do lasu, gdzie nic nie ma poza dziesięcioma tysiącami innych idiotów. Mądrzy ludzie udadzą się na z góry upatrzoną pozycję, gdzie będą mieli schronienie, wodę i żywność. Amerykańscy preppersi (i nie tylko oni) zakopują w ziemi stare kontenery naładowane sprzętem, bronią i jedzeniem, zapominając o tym drobnym detalu, że w kontenerze ciężar przenosi tylko podłoga i jego rama. W Internecie można znaleźć zdjęcia kontenerów, w których pod naporem ziemi sufit się zawalił. W latach 90. grupa preppersów zbudowała sobie schron nowatorską, nigdy wcześniej (i później) nie stosowaną metodą: wykopali wielki dół, ułożyli stare szkolne autobusy w kształt schronu, dodali szalunki z drewna i zalali wszystko betonem, a potem całość zasypali ziemią. Schron własnym sumptem wyposażyli, ale nie nacieszyli się nim długo, bo naczelnik lokalnej straży pożarnej i inspektor budowlany kazali całość zamknąć na cztery spusty jako absurdalne wręcz zagrożenie pożarowe i katastrofę budowlaną czekającą na swój moment. Budowę schronów lepiej zostawić zawodowcom.

Jak się przygotować na wszelki wypadek?

Nie będę powtarzał tutaj treści „Poradnika Bezpieczeństwa”. Dodam jedno, że nie warto odkładać jego przeczytania na ostatnią chwilę, za to już teraz warto zacząć zbierać potrzebne zapasy i narzędzia. Dlatego dla siebie już zamówiłem składane palenisko na paliwo stałe, ciekłe i gaz (tzn. kuchenkę na patyki, spirytus i z dodatkowym malutkim palnikiem na kartusze 7/16”), a na liście czeka porządna kuchenka na gaz w kartuszach plus zapas tychże. W kolejnych tygodniach przygotuję własny plecak ewakuacyjny i uporządkuję kwestię zapasów. Właściwie to cztery plecaki, po jednym dla każdego członka rodziny. Warto by dzieci nosiły choćby własne ubrania. Przy okazji warto zakupić torby do pakowania próżniowego ubrań – do tegoż celu wydrukuję małą pompkę ręczną do ponownego ich pakowania „w terenie”.

Spośród rzeczy, które mogą się przydać każdemu, warto wspomnieć o powerbankach. Problemem będzie ich ładowanie, gdy zabraknie prądu lub podczas przebywania w terenie. Są oczywiście powerbanki z ogniwami fotowoltaicznymi, ale ogniwa te są z reguły zbyt małe, by naładować powerbank w mniej niż tydzień. Dlatego zakupiłem dwa panele fotowoltaiczne mniejszego formatu – jeden składany, drugi sztywny, do montażu na oknie. Oba mają maksymalną moc 21 W, ale w praktyce spodziewam się góra 15 W, bo wydajność zależy mocno od kąta padania promieni słonecznych i od tego, czy mamy słoneczny, czy pochmurny dzień. Ciekawym rozwiązaniem jest zakup na znanym portalu aukcyjnym dużego panelu fotowoltaicznego o mocy 180...480 W. Używane kosztują poniżej stu złotych, nowe zaś około 300...500 zł. Problemem jest ich spory rozmiar. Chińczycy sprzedają zestawy zawierające dwa panele, ładowarkę do akumulatorów i inwerter o mocy 1 kW w cenie około 700...800 złotych. Do zestawu należy dokupić akumulator kwasowo-ołowiowy lub żelowy i taki duży „powerbank” może spokojnie naładować smartfon, zasilić radio i lodówkę. Rozwiązanie w sam raz, gdy może zabraknąć prądu na kilka dni. Odnośnie radia, to od lat dostępne są radioodbiorniki z prądnicą napędzaną korbką i akumulatorem, a często też z dodatkowym ogniwem fotowoltaicznym. Rzecz, której jednak nie widziałem, to transceiver na korbkę, czyli coś, co elektronik-radioamator mógłby sobie sam zbudować.

Odnośnie komunikacji, zwykłym ludziom zaleca się posiadanie nie tylko odbiornika radiowego (by słuchać komunikatów nadawanych przez władze lokalne lub krajowe), ale także krótkofalówki na pasmo PMR i/lub przenośnego radia CB. Twierdzę wręcz, że wypada wyposażyć się w dwie lub więcej krótkofalówek, szczególnie gdy ma się dzieci, by w razie czego pozostać w kontakcie z najbliższymi. Radia CB mają większy zasięg, szczególnie w trybie FM lub SSB i są wciąż używane przez wielu kierowców ciężarówek i niektórych taksówkarzy, a i zwykli kierowcy czasami mają je zamontowane w swoich samochodach. Moim zdaniem jednak lepszym wyborem może być przenośne radio CB z wbudowanym akumulatorem, które da się naładować z powerbanku. Nie musi to być sprzęt którejś z wiodących marek, bo i w tym wypadku Chińczycy mają tańsze alternatywy w swojej ofercie. Inną, ciekawą formą komunikacji jest sieć Meshtastic. Sieć ta składa się z rozproszonych węzłów LoRa, które komunikują się między sobą i z urządzeniami użytkowników. Węzły te są zasilane niezależnie za pomocą akumulatorków doładowywanych panelami fotowoltaicznymi czy małymi wiatrakami. Niestety, ponieważ jest to projekt realizowany przez hobbystów, węzłów jest mało, szczególnie na terenach wiejskich. O ile koncept zdecentralizowanej, niezależnej sieci łączności tekstowej jest bardzo ciekawy, to jednak nie opierałbym o nią mojej strategii komunikacyjnej.

Ciekawą alternatywą, ale wymagającą więcej zachodu i odrobiny wolnego czasu na edukację, jest... zostanie radioamatorem. Radioamatorzy nie są zobowiązani do pomocy służbom w razie kryzysu, choć prezes UKE może taki obowiązek nałożyć w ramach przyznawania pozwolenia radiowego. W praktyce radioamatorzy dobrowolnie pomagają w sytuacjach kryzysowych. Zaletą łączności radioamatorskiej jest pokrycie terenu: zależnie od pasma i warunków radiowych można z łatwością osiągać niemal globalny zasięg. Krótkofalarstwo było i wciąż jest wykorzystywane przez różne służby do komunikacji z agentami: cel ten realizują tzw. „stacje numeryczne” (ang. number stations). Co ciekawe, żaden kraj oficjalnie nie potwierdza ich istnienia ani nie wyjawia ich przeznaczenia, choć wiele krajów (w tym również nasz) posiada swoje stacje. Polska stacja, nazywana w nomenklaturze radioamatorów Polish 11, nadaje na wielu częstotliwościach od 3,815 MHz po 20,905 MHz.

Wracając do samych radioamatorów, to wielu zagranicznych preppersów dołączyło do krótkofalarskiej społeczności właśnie na wypadek apokalipsy zombie, globalnej wojny atomowej albo innego scenariusza, na który w głębi swoich prepperskich serc liczą. Sam też będę starał się o licencję radioamatorską, gdyż aspekt projektowania i budowy urządzeń radiowych jest czymś, co mnie interesuje – szczególnie biorąc pod uwagę, że wiele projektów transceiverów, które widziałem w Internecie, opartych jest na komponentach, których nikt nie produkuje, a same konstrukcje mają więcej lat niż ja.

Ostatnio moja miejscowość doświadczyła braku prądu przez większość dnia. W tej sytuacji bardzo przydały mi się dwie lampki akumulatorowe zakupione przeze mnie do pomocy przy wykonywaniu zdjęć i nagrań wideo. Lampki te wystarczają na kilka godzin świecenia, a dzięki magnesom można je przyczepić do futryny lub okapu, by doświetlić pokój, łazienkę czy kuchnię. Lampki takie kosztują do stu złotych i mogą się przydać w najróżniejszych sytuacjach, w domu czy w warsztacie. Poza nimi posiadam też kilka latarek, w tym tanią „czołówkę”, dwie latarki średniej mocy i jedną, która może służyć za szperacz lub maczugę. Jednak w razie wojny doświadczenie z Ukrainy sugeruje, że używanie latarki może nie być dobrym pomysłem – w nocy konwój ewakuujących się ludzi może stać się celem ataku wroga. Dlatego zaopatrzyłem się w czołgowy noktowizor, który będę przerabiał na parę noktowizorów ręcznych, oczywiście dzięki pomocy dostawców z Chin. Mi akurat taki noktowizor przyda się i w czasie pokoju, bo w nocy jestem dosłownie ślepy jak kret.

Rzecz, o której większość poradników, w tym ten rządowy, nie wspominają, a która może się przydać na wiele różnych sposobów, to rolka worków na śmieci. Powiedziałbym, że dobrym wyborem byłyby solidne, grube worki. Jednym z zastosowań takiego worka może być przenoszenie większych ilości wody. W razie złej pogody albo zagrożenia powodzią do worka można spakować cały plecak ewakuacyjny, by uczynić go wodoszczelnym. Wspomniałem wcześniej o dziwacznym plecaku z USA – jego jedyną, dobrą cechą było to, że można go było szczelnie zamknąć, dzięki czemu mógł pełnić rolę pływaka, choć przy tej ilości rzeczy w środku nie byłby on zbyt użyteczny w takiej roli. Worek o pojemności stu litrów wypełniony powietrzem może utrzymać 100 kg ciężaru na powierzchni wody. Warto zatem mieć choćby kilka takich worków w swoim zestawie, bo mogą się przydać na wiele sposobów.

Zestaw dla elektronika

Czy jest coś, co elektronik powinien mieć w zanadrzu „na wypadek wypadku?” Moim zdaniem tak, ale nie za dużo. Nie widzę sensu w pakowaniu jakichkolwiek komponentów elektronicznych. Większość potencjalnych napraw polowych nie będzie polegała na wymianie spalonego tranzystora czy układu scalonego, a do tego różnorodność komponentów jest tak ogromna, że w praktyce trzeba by mieć solidny magazyn części, co jest zupełnie niepraktyczne. Jedyne, co bym spakował, to po jednym gniazdku USB micro-B i USB C, na wypadek uszkodzeń mechanicznych. Do zestawu dodałbym metr srebrzanki i metr drutu nawojowego, trzy dziesięciocentymetrowe odcinki rurki termokurczliwej o różnych średnicach, fiolkę cyny i fiolkę topnika oraz rolkę taśmy izolacyjnej. Z narzędzi wystarczy para kombinerek i mały zestaw wkrętaków precyzyjnych, choć niektórzy mogą zdecydować się na multitool zamiast kombinerek. To wystarczy do większości prostych napraw, od zimnych lutów po uszkodzone kable.

Lutownica to główne narzędzie pracy elektronika. Do wyboru mamy zasadniczo dwa rozwiązania: lutownicę zasilaną z powerbanku przez USB-C oraz lutownicę gazową. Osobiście wydaje mi się, że ta druga opcja będzie lepsza, choćby dlatego, iż pozwoli naprawić np. uszkodzony powerbank. Lutownica taka ma też większą moc i może pełnić funkcję lutownicy hot air lub opalarki. Gaz w małym kartuszu przyda się do nabijania zapalniczki czy mini-palnika, które są o wiele lepsze w rozpalaniu ogniska niż krzesiwo czy nawet zapałki.

Dobra lutownica gazowa swoje kosztuje, ale przydać się może nie tylko w kryzysie, ale też i na co dzień. Godnym polecenia modelem jest zestaw Super Pro 125 marki Portasol. Niezależnie od wybranego rodzaju i modelu lutownicy, należy zawsze mieć grot typu „dłuto” o szerokości 1...1,5 mm. Taki grot sprawdza się zarówno przy komponentach SMD jak i przewlekanych, ma większą pojemność termiczną i może zastąpić grot „minifala” przy lutowaniu układów scalonych SMD. Do kompletu z lutownicą przyda się też odsysacz – tu wystarczy prosty model OD-25 Turbo polskiej firmy ZEL. Kto go nie używał, niech pierwszy rzuci cyną. Mała rolka plecionki do usuwania cyny też się przyda, a przy tym zajmuje mało miejsca. Pęseta kątowa i opcjonalnie lupka jubilerska pomogą w lutowaniu najmniejszych elementów, choć nie spodziewam się zbyt wielu napraw tego typu w warunkach polowych. Prędzej będzie to naprawa zimnych lutów i urwanych przewodów czy wymiana gniazdek niż cokolwiek innego.

Multimetr to kolejne, niezbędne narzędzie elektronika. Dostępnych jest wiele modeli, ale z góry należy odrzucić wszystkie zasilane zwykłymi bateriami, choć jeśli nie zakładamy powrotu do epoki kamienia łupanego, to dostęp do baterii nie powinien stanowić problemu. Jeśli jest to bateria 6F22, to taki multimetr w ogóle nie powinien być w posiadaniu jakiegokolwiek szanującego się elektronika, gdyż jest to najgorsza bateria świata. Na rynku nie brakuje kieszonkowych multimetrów, zarówno uznanych marek, jak i produktów chińskich.

Mam jeden taki minimultimetr, ale nie ufałbym mu przy napięciach powyżej 50 V z jednej przyczyny – widziałem jego wnętrze. Sądząc po tym, co tam znalazłem, projektant uznał, że normy bezpieczeństwa to sugestie niegodne jego uwagi. Ciekawym wyborem jest niedawno wypuszczony miernik chiński, AlienTek DMM-40. Ta rodzina łączy w sobie multimetr o dobrych parametrach, oscyloskop jednokanałowy i prosty generator funkcyjny w obudowie mieszczącej się w dłoni. Oscyloskop ma pasmo do 10 MHz, ale do prostej diagnostyki urządzeń radiowych czy przetwornic w zupełności wystarczy. I jest przy tym o połowę mniejszy od bardziej uznanych skopometrów takich firm, jak Hantek czy Owon. Wbudowany akumulator wystarczy na 10 godzin i choć oscyloskop oraz generator są raczej prymitywne wedle współczesnych standardów, to dla tak małego urządzenia – wystarczające. Bonusem są wbudowane magnesy, które pozwalają przyczepić miernik do metalowych elementów, co podnosi nieco walor użytkowy, na przykład w warsztacie samochodowym.

Ostatnia kwestia to zasilanie. Na początek polecam mieć w zanadrzu kilka tanich przetwornic typu buck i boost. Dostępne są warianty z regulacją samego napięcia, jak i z regulacją napięcia i prądu. Te drugie są nieco lepsze. Na rynku dostępne są większe, rozbudowane przetwornice buck-boost, SEPIC lub transformatorowe, w tym złożone „zasilacze warsztatowe” z kolorowym ekranem i enkoderem. Niektórzy wkładają je do pudełek i dokładają zasilacz impulsowy, by zrobić zasilacz do pracowni elektronika. Ja dodałbym jeszcze kilka akumulatorów litowo-jonowych, układ BMS i możliwość podłączenia do akumulatora samochodowego. Zostawiam to jako zadanie dla Czytelnika.

A zatem: kilka przetwornic, prosty zasilacz warsztatowy, kabelki z krokodylkami (by to wszystko ze sobą łączyć) i tyle. No, może jeszcze ze dwie płytki ładowarek ogniw litowo-jonowych z zabezpieczeniami, na bazie popularnego układu TP4056, z koszykiem na ogniwo 18650. Koszyk taki zawczasu podkleiłbym odrobiną żywicy epoksydowej, bo kabelki są liche i łatwo się odrywają. Ogniwa 18650 przydają się do zasilania latarek i sam ich do tego używam. Cały ten zestaw narzędzi, płytek, akcesoriów lutowniczych, jak i samą lutownicę i multimetr wypada spakować do własnej torebki. Generalnie podstawowa zasada odnośnie pakowania plecaków ewakuacyjnych jest taka, aby każda grupa przedmiotów miała swój woreczek czy zasobnik oznaczony konkretnym kolorem. Dzięki temu, gdy przyjdzie posłać kogoś, by coś nam z plecaka przyniósł, to łatwiej jest mu powiedzieć „Przynieś lutownicę, jest w różowym zasobniku, w plastikowym pudełku” niż opowiadać, by za nią pogrzebał gdzieś w głównej komorze. Prawdziwy mężczyzna nie boi się różowego koloru, a wszystkie inne barwy będą raczej zajęte przez żywność, rzeczy do wody, ogrzewania czy pozostałe narzędzia, leki lub apteczkę.

Zakończenie

Czy trzeba szykować plecak ewakuacyjny i inne zapasy na wszelki wypadek? Definitywnie tak i nie dlatego, że coś złego na bank się stanie, ale dlatego, że coś złego może się stać. Jest takie stare powiedzenie: Si vis pacem, para bellum!, czyli inaczej Jeśli chcesz pokoju, gotuj się do wojny! O powiedzeniu tym (za późno) przypomniała sobie Europa, w tym także nasi rządzący. My, jako zwykli obywatele, powinniśmy też być przygotowani, ale nie do walki, lecz do ewakuacji. Gdy będziemy mieć własne plecaki i własne zapasy, to służby nie będą musiały aż tak bardzo się troszczyć o ich dostawę – rozwiązuje to jeden z problemów logistycznych działań kryzysowych i zwalnia zasoby, które mogą być potrzebne gdzieś indziej. Dlatego, szanowni Czytelnicy, pakujcie się, jako i ja się pakuję!

Paweł Kowalczyk, EP

Elektronika Praktyczna Plus lipiec - grudzień 2012

Elektronika Praktyczna Plus

Monograficzne wydania specjalne

Elektronik kwiecień 2026

Elektronik

Magazyn elektroniki profesjonalnej

Raspberry Pi 2015

Raspberry Pi

Wykorzystaj wszystkie możliwości wyjątkowego minikomputera

Świat Radio maj - czerwiec 2026

Świat Radio

Magazyn krótkofalowców i amatorów CB

Automatyka, Podzespoły, Aplikacje kwiecień 2026

Automatyka, Podzespoły, Aplikacje

Technika i rynek systemów automatyki

Elektronika Praktyczna kwiecień 2026

Elektronika Praktyczna

Międzynarodowy magazyn elektroników konstruktorów

Elektronika dla Wszystkich maj 2026

Elektronika dla Wszystkich

Interesująca elektronika dla pasjonatów